papierowy-usmiech blog

Twój nowy blog

Brak komentarzy

Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
– napisała kiedyś Wisława Szymborska.

A co ma począć człowiek w pustym domu?

Nic tu niby nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.

Nie słychać już łapek na schodach,
ani mruczenia przy uchu gdy rano z trudem otwierasz powieki.
Posiłek też nie ten,
kiedy brakuje miękkiego futerka ocierającego się o łydki.
I na kolanach jakaś taka pustka gdy siedzisz wieczorem w fotelu.

Drzwi się uchyliły!
Zaraz wsunie się w szparę mała biała łapka.
Nie… to tylko przeciąg.

….

Wczoraj do krainy za tęczą odszdł mój Tomciu. Pewnie wyleguje się się teraz na miękkich kanapach a w przerwach między drzemkami gania za myszami i objada się szyneczką. Mój futrzasty przyjaciel, domownik, dobry duszek tego domu. Ten, który siedział ze zmną, kiedy nie miałam nikogo. Ten, który przychodził i wtulał się, kiedy było mi najbardziej źle. Zachciało mu się pograć w siatkówkę szerszeniem. Nie przeżył ukąszenia. Również byłam przy nim do samego końca tej trudnej chwili.

Zwolnił miejsce w domu, które zajęła przerażająca pustka.

Spać nie mogę. Łeb pęka, a nawet piasku pod powiekami nie czuję. Absurdem jest to, że nie mogę spać, bo jutro trzeba wstać i pisać magisterkę. Bo – panie i panowie – nieudacznik ćwierćwiecza od jakichś trzech lat pisze swoją magisterkę. I licencjacik do tego. Coby w końcu zamknąć te cholerne studia, ruszyć dupsko z domu i iść na swoje. Wstyd i hańba. Ale może dwa dyplomy z tego będą. O ile nie wykończą mnie bezsenne noce. 

Co mam na swoje wytłumaczenie? Hmm… Jeden biegun to trauma, a drugi… lenistwo. Mój szanowny Promotor nr 1 nie należał do ludzi sympatycznych. Dowiedziałam się od niego, że jestem upośledzoną kretynką. Dosłownie. Co seminarium, to stosowny epitet, z czego najłagodniejszy brzmiał „Kto takie idiotyzmy wypisuje?!” – oczywiście odnośnie mojej mgrki. Madź nie wytrzymał psychicznie i nawiał od tego pana. Problem był nie mały, bo człowiek ten budził grozę także u innych wykładowców, nawet tych, których określa się mianem „morda jak koparka”. Ale przy pomocy życzliwych ludzi, zostałam przygarnięta przez wspaniałego i życzliwego Promotora nr 2. Potem też łatwo nie było. Głowa bolała mnie za każdym razem jak siadałam do pisania. Nawet Tramal mi nie pomagał. Ponoć z mobbingu człowiek leczy się jakieś 2-3 lata. Teraz została tylko niechęć i zwykłe ludzkie lenistwo. Czyli wstyd. 
Kasa ucieka z portfela i z konta. Ale w walce z globalnym kryzysem wspieram handel. Kupiłam sobie buty. Czarne na szpilce i na platformie. Cudooo. A jakie mam w nich nogi długie! Buty uszczęśliwiają. Buty cieszą. Buty nadają sens życiu. Zaraz po Sławku, kotach i torebkach, to kolejna miłość mojego życia. Absurd.
Eh… co ja bym dała za prawdziwego papierosa, a nie to elektroniczne gówno…
Rien, nie dogadałyśmy się w sprawie spotkania. Ale nic straconego. Często bywam w Świeradowie. Albo daj znać znać jak będziesz we Wro, to gdzieś wyskoczymy ;)
Old_friend’a zapraszam na pogaduchy na fejsie ;)

Pif – paf

1 komentarz

Spokój. Przygnębienie. Otępienie.

Postrzelałam trochę. Zadziwiające. Zawsze gdy wyobrażam sobie twarze ludzi, którzy zadają mi ból, trafiam. Płytka rozsypuje się w pył. Srebrzyste odłamki osypują się śniegiem na trawę. I napływa jakiś taki spokój. Jestem ja, moja wiatrówka i cel. Tylko my. Świat przestaje istnieć, czas przestaje płynąć. Znikają uczucia i myśli. Znika rzeczywistość.
Odrobina dumy z siebie – znów zwiększam odległość. Już będzie z 12-13 m. I dalej trafiam. Tylko oczy mi wysiadają. Trza by się do lekarza wybrać.
Egzamin z łaciny odfajkowany. Szkoda mi trochę. Nauka tego języka satysfakcjonuje. Tym bardziej żal, że wiem że juz do niego nie wrócę. Jestem w szczytowym punkcie swoich umięjętności. Nie będe miała czasu wrócić do tego i wiedza ta przepadnie. Będzie ulatniać się z każdnym dniem. Szkoda.

Rozwaliłam dzisiaj śmietnik na dominikańskim. Musnęłam go torbą i odpadła przednia klapa. Zamknąć się już nie chciała to ulotniłam się dyskretnie :)

Bez ładu i składu ta notka. Chyba trzeba się spać położyć.

….

Brak komentarzy

Właśnie kończę paczkę papierosów, którą kupiłam o 14.00.
Znowu 43 kilo na wadze.
We krwi afobam i podwójna dawka propranololu.

Jest mi dzisiaj tak bardzo, bardzo źle.

Tak bardzo chciałabym usłyszeć od Ciebie na dobranoc Kocham Cię.

Brak komentarzy

I nagle pojawia się ten moment, kiedy wszystko rozpada się w kawałeczki. Kiedy życie i plany rozsypują się jak domek z kart. A strzał w potylice dostajesz od własnej rodziny i przyjaciół.

Wiesz co wtedy nie zawodzi? Sznurek i tabletki.


Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.



Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.


Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.


Do wszystkich szaf sie zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.


Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.

Spać i czekać. Na co? Na kolejny dzień, który nie przyniesie nic. Na przyszłość, która nie ma za grosz
sensu. Na szęście, które uparcie nie nadchodzi? A może na koniec świata. Ten, który ponoć zawita w grudniu za rok. Czy na ten mały, mój własny, który kusi nożem i tabletkami na stoliku.
Oswajacie mnie i zostawiacie. Samą. Od zawsze. Sprawiacie, że zaczynam kochać, a potem zostawiacie z ogromem miłości i … samotnością. Wraz z Tobą znika ostatnia rzecz, o która miałam siły walczyć – wizja pięknej i szczęśliwej przyszłości. Z dala od tego domu, od mojej chorej rodziny. Od wylewania na mnie swoich złości, smutków i frustracji. Od pomiatania mną i oczekiwania że wszystko naprawię i załatwię.
Nie chce mi się tak dalej żyć. To nie życie, to piekło. W tle Swanheart… Just a dying faith.
To przynosi ukojenie. Dziękuję…

No i przeminął 24.02. Chwała Bogu. Szczerze i głęboko nienawidzę tego dnia. Choć było miło… z S., wśród przyjaciół, przy winie i pierniku. Takim prosto z pieca, z drzemem i polewą czekoladową. Nie było urodzinowo… bez sto lat i tortu. Zresztą w tym wieku to już nie byłby tort i świeczki ale ognisko na stole.

Tylko jedna rzecz boli. Ojciec zapomniał. Może nie obeszłoby mnie to zupełniem gdyby nie fakt iż prezent dla Młodszej (na kwietniowe!) urodziny już od paru dni leżał w moim pokoju. Chuj z prezentem. Zwykła pamieć, życzenia. Pytanie od czasu do czasu – czy nic ci nie trzeba? jak sobie radzisz? mogę ci jakoś pomóc? Najpierw rozpierdala moją kruchą równowagę, a teraz traktuje mnie jakbym nie istniała. Zresztę od jakiegoś czasu ma „nowe” dziecko. Ukochanego przysposobionego pierworodnego – kumpla, który jest w moim wieku… 

Chciałaym czasem powiedzieć mu „Pierdol się ty stary podły skurwysynu”, ale nie chcę obrażać babci…

Pozdrawiam mojego „old_friend”, kimkolwiek jest… 

Brak komentarzy

Dobijcie mnie. Będę wdzięczna.

Cisza w domu jak makiem zasiał. Tylko miarowy szum wentylatora w komputerze i stukot kocich łapek na wykładzinie. I pomrukiwanie tuż przy moim lewym łokciu. Dziwny dzień. Taki pełen niepokoju. Jakby moje życie miało się skończyć w najbliższych godzinach lub dniach. Heh nawet niespecjalnie przeraża mnie ta wizja. Bo dzisiaj jest we mnie tylko cynizm. I zimno. Zimno, w którym postrzegam siebie jako człowieka drugiej kategorii. Zero sentymentów na myśl o rozstaniu się z tym światem. Hyhy piszę jak rasowe emo. <i>Idę się zabić. Do jutra!</i>. I co z tego? To mój blog. Mój sms za 10 zeta więc mogę sobie pisać tutaj co mi się podoba. Zresztą lepiej tutaj niż wylewanie moich własnych pomyjów (a może pomyji?) na czyjąś głowę, tak jak to nie raz i nie dwa robiono ze mną. 

Notatki piszę sobie. Idzie mi jak kurwie w deszcz. We wtorek ostatni egzam. Mamy przynieść sobie notatki i przepisać. Fajnie. A za mną tragiczny dzień w pracy. Szefowa utknęła w pociągu w szczerym polu a ja pilnowałam działu. W najbardziej napiętym momencie dnia. Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Ale jakoś się udało. I głowa mnie boli, codziennie od kilku tygodni. Chyba znów okulary mam za słabe. Kolejna stówa pójdzie się je*ać. 

Pokłóciliśmy się rano. Miałam skserować w biórze notatki. Myślałam że jedną podał mi niepotrzebnie i po prostu rzuciłam ją, bo spieszyłam się by wyjść. Nie chciałam się spóźnić. To nie był rzut ze złością, po prostu się spieszyłam. Wkurzył się bo w kartkach była istotna rzecz. Polecało kilka słów. Gdy w drzwiach chciałam go jednak pocałować, odsunął się z impetem. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Zabolało jakbym dostała w twarz. 

A popołudniu spałam, zmasakrowana dniem i bólem głowy. I śniło mi się, że pobieramy się. Miałam białą suknię i fioletowe sztuczne paznokcie. Złożyliśmy przysięgę, ale nie wymieniliśmy obrączek. Dziwne. A potem sprzątałam salę po weselu, zbierałam szklanki i kieliszki. A dekoracje wisiały w strzępach. Dziwny sen. Nie przyniósł odpoczynku ani ukojenia.

Smutno mi tak jakoś. I nic mi się nie chce. Taka pustka i bezsens. I poczucie że tylko moje koty żywią do mnie jakieś pozytywne uczucia. Nikt więcej. Niewiele trzyma mnie na tym świecie.

 

Cynicznie

Brak komentarzy

Kop za kopem. I następny. I jeszcze jeden.
I tak od dzieciństwa aż do usranej śmierci.

I jeszcze kurwa -15 stopni. A jutro na 8 do roboty.


  • RSS